Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 190 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kerala

wtorek, 27 lutego 2007 17:14

 

Bez problemu udalo nam sie zmienic miejsca w przedziale sypialnym. Poniewaz przy rezerwowaniu dostalismy sie na 20 miejsce na tzw. liscie rezerwowej potwierdzajac bilet przed odjazdem otrzymalismy dwa miejsca w roznych czesciach przedzialu.
Czulismy sie bezpiecznie - wiekszosc wspolpasazerow przypiela swe bagaze lancuchami do roznych wystajacych czesci - wiec oni chyba zlodziejami nie byli...
Zgodnie z rozkladem wczesnie rano wysiedlismy w Ernakulum, skad tani prom przewiozl nas do Kochi. Tradycyjnie rekomendowane przez Lonely Planet hoteliki byly albo zajete, albo...za drogie. Za droga okazala sie w ogole wiekszosc pokoi na tym cyplu.
Ze cene za ktora kiedys mielismy pokoj z telewizorem dostalismy mala klitke bez zadnych wygod.
Na nabrzezu rybacy uzywajac tradycyjnych chinskich wielkich sieci lapali ryby ktore od razu mozna bylo kupic i dac do usmazenia w jednej z wielu pobliskich smazalni. Mozna bylo, tylko ze za samo smazenie kazali sobie placic tyle, ile w inych miejscach kosztowal nas calodzienny posilek !
Na jednym z punktow polowowych rybacy zaprosili nas do siebie - moglismy z bliska popatrzec na wyciaganie ryb, a nawet uczestniczyc w wyciaganiu sieci ( dosc meczaca praca, musze przyznac ! ). Na koniec...mielismy im za to zaplacic ! W koncu to India...powiedzialem ze zaplace, jak dostane bilet wstepu...
W ramach oszczednosci w pobliskiej restauracji zamowilismy najtansze zupy i nalesniki. Jedzac moglismy obserwowac skaczace w oceanie delfiny i  indyjska lodz podwodna.
Noc byla spokojna do momentu jak Magda musiala skorzystac z toalety. Zapalila swiatlo, weszla do srodka a potem obudzil mnie krzyk. Po podlodze wolnym krokiem spacerowal sobie maly karaluch. Z poczatku go nie zauwazylem, bo jak tylko otworzylem oczy ujrzalem na zewnatrznych drzwiach toalety karalucha giganta. Mial ok. 8cm i spowodowal ze krzyk Magdy wzrosl do kilkuset decybeli.
Zaczelismy polowanie. Tzn. ja polowalem, Magda tylko odsuwala lozka. Uderzalem go systematycznie po glowie butelka wody mineralnej - but okazal sie nieskuteczny, poza tym nie chcialem miec na podeszwie wielkiej mokrej plamy. Po ktoryms z kolei uderzeniu glowa karaluchowi po prostu odpadla...wzialem kartonik po ciastkach by reszte karalucha wyrzucic do smieci, ale nie bylo to takie latwe, bo choc bez glowy, reszta ciala nadal zwawo poruszlala odnozami. W koncu udalo sie i moglismy wrocic do lozek. Potem juz tylko kilkanascie ukaszen komarow i moglismy zasnac.

Na Kerale przyjezdza sie praktycznie tylko w jednym celu - by wynajac lodke ( lub wykupic wycieczke ) i poplynac tutejszymi kanalami i kanalikami - tzw. backwaters.
Wyprawa taka na ogol trwa caly dzien i sklada sie z dwoch etapow - podrozy malymi kanalikami mala lodka - cos na wzor canoe, nastepnie przesiada sie do wiekszej lodzi i plynie glownymi arteriami rzecznymi.
Mala lodka pozwala dotrzec do wiosek polozonych wzdluz kanalow - mozna wysiasc i obserwowac jak toczy sie tam zycie - jak np. kobiety tkaja sznury z...kokosow ( lupiny zamacza sie najpierw na pol roku w wodzie, rozdzielaja sie tam i rozwarstwiaja, tworzac "wloski" ktore potem placze sie razem tworzac sznury ).
Sama nazwa KERALA w tutejszym jezyko oznacza LAND OF COCONUT ( ziemia kokosow ) i rzeczywiscie, nie sposob sie z tym nie zgodzic. W jednej z wiosek jeden z naszych przewodnikow wdrapal sie na palme, zrzucil kilkanascie kokosow po czym otworzyl je i poczestowal nas woda w kokosa.
Probowalem ja juz w Hampi i bylem zawiedziony - tak jak uwielbiam kokosy tak tego napoju po prostu nie moglem strawic. Malo slodki, wrecz gorzki, prawie w ogole nie przypominal mi smaku jaki zawsze mial dla mnie np. wiorki... Te tez przyszlo nam sprobowac, ale podobnie jak woda nie moglem sie przelamac.
Najbardziej z tego ucieszyla sie lokalna krowa, ktora z zapalem wylizywala kazdego podsunietego jej pod mordke kokosa...
Na czas spaceru po wioskach zostawilismy w lodziach nasze wody mineralne. Po powrocie okazaly sie tak gorace ze zaczelismy pytac innych podroznych czy nie maja ze sobe ekspresowek - moglisbysmy zalac herbate.
Po przesiadce na duza lodz dostalismy obiad - lokalne thali - ryz z roznymi warzywami, nawet nie bylo w nich duzo curry... tak czy owak po jedzeniu wyciagnelismy z torby nasze "lekarstwo" i pociagnelismy kilka lyczkow. Poczestowalismy tez innych podroznikow z lodzi - atmosfera sie rozluznila, a po chwili odwiazano sznury i wszyscy odplyneli...
Zatrzymalismy sie jeszcze raz by zapoznac sie z roznymi roslinami sluzacymi za przyprawy ( cynamon, pieprz, vanila, i wiele innych ) Jedna z roslin nosila nazwe MANGOA - nieprzypadkowo podobna do MANGO. Owoc jest bardzo podobny, z jedna mala roznica - jest trujacy. Jest to glowny specyfik uzywany przez tutejszych samobojcow. Smierc przychodzi szybko i bezbolesnie...
Dowiedzielismy sie, ze nasz przewodnik zarabia dziennie 120 rupii ( 3 dolary ). Nie dostal podwyzki od 5-ciu lat, jego szef twierdzi ze to niepotrzebne, dostaje przeciez napiwki od turystow. Jego sasiedzi takze mysla ze jest bogaty bo pracuje z turystami...tak wlasnie powstaje presja na wyciaganie reki do podrozujacych, co jest w Indiach takie irytujace. Wiem ze jego zarobek nie jest wielki, ale tez i my nie jestesmy bogaci i nie jestesmy w stanie dofinansowywac kazdego pracujacego Hindusa !
 Uslyszelismy tez jak z kokosow i muszelek robi sie wapno, ktore jest eksportowane. Potem pozostal relaks i podziwianie krajobrazow z lodzi podczas reszty rejsu.
Bylo ciekawie, ale...no wlasnie, ale. Zastanawialismy czego brakowalo, by moc powiedziec ze bylo super. Nie znalezlismy tego elementu, ale wiemy jedno - Kerala, chyba jako jedno z niewielu miejsc wyglada lepiej na zdjeciach...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

spalony w supermarkecie...

niedziela, 25 lutego 2007 6:45

Po internet cafe nie moge tez robic juz zakupow w jedynym w Benaulin supermarkecie...DO BYDGOSZCZY BEDE JEZDZIL chcialo mi sie krzyknac podczas awantury ktora nastapila po tym, jak zakwestionowalem ceny jakie mialem zaplacic. Dzien wczesniej kupilem te same produkty i zaplacilem mniej, ale tym razem byl inny kasjer...turystyczny...zdziercy...

Na szczescie jestem jeszcze w dobrych stosunkach ze sprzedawca ze sklepu alkoholowego. Kupuje juz wieksze butelki - zamiast 180ml 375ml - tylko 6zl....

Ale dzis wieczorem uciekamy stad na Kerale....upal tu niemilosierny....i nuda...tylko plaza, kapiel, whisky i krewetki...paskudne zycie....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Uzupelniam zaleglosci ( Hampi - Goa )

piątek, 23 lutego 2007 16:05

I znow mam zaleglosci..chcialem wczesniej pouzupelniac ale popadlem w konflikt z zarzadzajacymi dwoma jedynymi kafejkami internetowymi w Benaulim na Goa...glupia sprawa, szkoda klawiatury...poszlo o to o co zwykle chodzi w Indiach, chcieli mnie skasowac za nic...wiec mam znow ograniczony dostep do internetu...

ale wracajac do zaleglosci :

....

O dziwo nie mielismy problemu z dalszymi polaczeniami - z Soalpur do Bijajpur i potem do Hospet. Praktycznie po dotarciu na dworzec 15 minut pozniej mielismy autobus jadacy potrzebnym nam kierunku. W jednym z nich nawet stala sie rzecz niebywala jak na Indie - konduktor byl uczciwy ! Przez pomylke wreczylem mu banknot 500 rupii zamiast 100. Oddal juz po kilku minutach ! Kierowcy nadal jezdzili jak wariaci, ale czlowiek zaczyna sie przyzwyczajac - w koncu nie ma wyboru, albo jedziesz, albo nie.....


Gdy po zmianie autobusow w Hospet ruszylismy do Hampi wiedzialem jedno - wlasnie w Hampi zaczely sie dla mnie Indie. To byly Indie wlasnie takie, o jakich slyszalem, jakie sobie wyobrazalem. Upalne, duszne ale pelne intensywnych kolorow - poczawszy od ostrej zieleni pol ryzowych, skonczywszy na ...wszystkich innych kolorach strojow w jakie poubierane byli miejscowi, zwlaszcza kobiety. Indie, gdzie mieszkancy z pojemniczkami na wode wychodza z domow na glowna ulice by zalatwic swe fizjologiczne potrzeby, Indie, gdzie w kazdym mozliwym zbiorniku wodnym pierze sie stosy ubran po czym rozwiesza na krzakach, plocie, a jak zabraknie miejsca po prostu rozklada na brudnej ziemi by wyschly...Indie, gdzie pelno uciazliwych komarow i w koncu Indie, gdzie nie moge pozbyc sie mojego zatrucia pokarmowego....


Samo Hampi to mala wioseczka opanowana przez turystow i wlasnie na turystow nastawiona. Choc ryksiarze narzucaja swoje uslugi, sklepikarze nawoluja do zakupow, mozna sporadycznie spotkac zebrajace dzieci ( choc glownie probuja sprzedawac widokowki i zdjecia ) to w porownaniu do innych miejsc w Indiach jest tutaj nad wyraz spokojnie.
Wokol wioski, na duzym obszarze porozrzucane sa przepiekne swiatynie, datowane na XIV wiek. Jednak prawdziwa atrakcje stanowi okolica - kilkadziesia kilometrow...kamykow...ale jakich! Niektore z nich z pewnoscia maja po kilkadziesiat ton. Maja rozne ksztalty, ale to w jaki sposob sa na sobie ulozone, wydawaloby sie zaprzeczajac prawom fizyki, robi najwieksze wrazenie...
Spacerowalismy po okolicach przez trzy dni. Poniekad dlatego ze bylem dosc oslabiony i szybkie przemieszczanie sie bylo dla mnie meczace....zreszta drugiego dnia przemieszczalem sie tylko na trasie : pokoj - lazienka....( troche szybciej niz na spacerze... )
Magda zaczela przelamywac swoja niechec do malp podrzucajac im banany...

 


DROGA NA GOA

We wtorek poczulem sie lepiej ( kuracja jodyna pomogla...przynajmniej na jakis czas ), mialem wiec nadzieje ze w pociagu na Goa ktory wczesniej zarezerwowalismy nie bede mial nieprzyjemnosci. Nasi sasiedzi, Niemcy, majacy wieksze doswiadczenie w podrozowaniu po Indiach, nie zamierzali zrywac sie rano z nami by dojechac do dworca na 6.30. Obiecali, ze postawia piwo, jesli pociag spozni sie mniej niz godzine. Nie musieli, przyjechal spozniony poltorej, akurat gdy nasi sasiedzi wchodzili na peron...a mysmy zaplacili fortune riksiarzowi - bo skasowal nas za "nocna" taryfe...

 

W przedziale obok nas siedziala starsza, dystyngowana, sympatyczna  pani z Londynu. Zdjela buty, przysnela i obudzila sie bosa. Choc w oprocz niej w przedziale bylo kilku chlopakow nkt nic nie widzial. Hindusi siedzacy obok nas tylko sie zasmiali...w ich tonie nie bylo zadnej nuty wspolczucia czy potepienia tego co sie stalo. Ot, normalna sytuacja w indyjskim pociagu...

 

GOA


Pierwsze wrazenie po wyjsciu z pociagu to...rozczarowanie. Jeszcze nie tak dawno jeden z rodzimych podroznikow jak tu dotarl napisal mi maila zatytulowanego "dotarlem do raju". Ja dotarlem do malej wioski gdzie spedzilem reszte popoludnia szukajac przyzwoitego zakwaterowania za rozsadna cene. Dotarlismy nawet do babusowych chatek na plazy ale byly brudne i zaniedbane, z prysznicem ktory po odkreceniu tryskal woda na lozko stojace za materialowa przeslona. Zaraz za nimi znajdowalo sie nieoficjalne wysypisko smieci, nad ktorym krazyly wielkie ptaki co chwila pikujace w dol by wybrac co lepsze kawalki wyrzucanych tam rybich odpadkow z pobliskich plazowych restauracji.
Pozniej bylo troche lepiej - 180ml whisky w sklepie kosztuje 3,5 zl i zaczalem sie leczyc tym zamiast jodyny. Na razie dziala. Jedzenie tez okazalo sie nienajgorsze, co tam, powiem, swietne - w konu jedlismy cos swiezego - prosto z morza, rybki, krewetki...
W naszym hoteliku ktory znalezlismy po dlugich wedrowkach byla w koncu goraca woda przez cala dobe. Nie bylo za to zimnej...


Spacerowalismy po plazy wypatrujac krabow ktore co chwila uciekaly nam spod nog do swoich norek wykopanych w piasku na plazy.
Kolejne dni w Benaulin nie poprawily mego zdania o tym przereklamowanym zakatku indyjskiego wybrzeza. Ulice nie byly tak spokojne jak pisalo w przewodniku, mafia taksowkowa osiagnela tu szczyty swej operatywnosci, turystow o wiele za wiele i wszystko drogie ( jak na Indie ). Wiem, narzekam. Byc moze Benaullin to nie moje miejsce, moze powinienem byl wybrac sie na jedna z polnocnych plaz - np. Calangute albo Vagator, pelnych mlodziezy i dyskotek a nie turystow na emeryturze ( choc z drugiej strony zlosliwi powiedza ze skoro na poczatku marca wybija mi 31 latek to dobrze trafilem... NIE JESTEM JESZCZE TAKI STARY !!! )

 

Dzisiaj zrobilismy sobie wycieczke do Panji - stolicy prowincji Goa. Ledwo dojechalismy a juz pierwsze dwie napotkane osoby probowaly nas oszukac...nawet w toalecie chcieli z nas zedrzec ! Naprawde zaczne im sikac po ulicach jak tak dalej pojdzie. Na poczcie probowalismy wyslac paczki do domu. Spedzilismy tam pol dnia bo : paczke trzeba najpierw zaniesc do specjalnego punktu gdzie zawina w material, skserowac paszport, skserowac trzy formy celne, wypelnic je, wrocic na poczte, a jak sie to wszystko zrobi czekac...az odwiesza sie komputery ktore akurat przed naszym przyjsciem postanowily sobie nie dzialac....na samo zwiedzanie zostalo nam niewiele czasu, ale w Panji i tak bylo to za wiele. Choc rozni sie ono calkowicie od miast indyjskich - taka portugalska enklawa z charatkterystyczna zabudowa, to nie jest to na tyle atrakcyjne by specjalnie tu przyjezdzac...przepoceni ( gorac i wilgotnosc straszna ! ) zalowalismy z Magda ze nie spedzilismy tego dnia na plazy....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jodyna dobra na wszystko + zaleglosci...

wtorek, 20 lutego 2007 16:58

Dzis czuje sie juz troche lepiej....zaaplikowalem sobie oryginalna terapie - duzo pepsi i coca-coli + woda z duza iloscia jodyny - skoro jodyna ma zabijac bakterie w wodzie i ma ja odkazac to powinna tez w koncu zabijac bakterie w zoladku jak sie ja wypije....na razie dziala - od rana czuje sie swietnie, nawet zjadlem sniadanie i nadal mam je w sobie....

Teraz troche zaleglosci :

ELLORA

NAstepnego dnia po wizycie w Ajancie pojechalismy do jaskin Ellory. Musze przyznac ze te zrobily na nas wieksze wrazenie - przede wszystkim byly bardziej zroznicowane - nie tylko buddyjskie, ale rowniez Hindu oraz Jain, z wieksza iloscia detali. Na deser jest KAILASA TEMPLE do stworzenia ktorej "wydlubano" z litej skaly ponad 200000 ton kamienia!
Czesc jaskin jest zamieszkiwana przez nietoperze - zapach guano jest obecny prawie wszedzie...nad jaskiniami wypatrzylismy tez wiele olbrzymich skupisk pszczol - w jednym momencie z jednego nich wylecial roj powodujac panike zwiedajacych ktorzy pospiesznie chowali sie w jaskiniach. Nikomu nic sie nie stalo - to nie byl atak, ale reakcja ludzi ciekawa....
Malp nie zabraklo i tutaj ale najbardziej irytujacy byli ludzie - bylo ich za duzo...a na dodatek uwzieli sie zeby robic sobie z nami zdjecia. Wlasciwie to nie z nami ale z Magda - jak tylko staneli obok nas do zdjecia dziwnym trafem ja znajdowalem sie po lewej stronie i przez fotografujacego bylem delikatnie"usuwany" z kadru...
W drodze powrotnej do miasta zatrzymalismy sie w forcie Daulatabad, z ktorego nie pozostalo juz wiele ( mury, fosa, budynek na wzgorzu ktory kiedys moze byl pieknym fortem ) i z ktorego pozostanie jeszcze mniej patrzac na to jak go traktuja miejscowi. Jako ze wstep dla nich jest bardzo tani - prawie darmowy ( w przeciwienstwie do zagranicznych turystow...ale tyle juz o tym pisalem ze staje to sie nudne... ) - wpadaja na teren fortu niczym szarancza - w wielkich ilosciach, stapajac po wszystkim co po drodze, wdrapujac sie wszedzie gdzie sie da i wypisujac co sie da w tych kilku miejscach wewnatrz budynku ktore jeszcze nie zostaly popisane. Miejscowe wladze poza budka z biletami i kasowaniem pieniedzy nie przejmuja sie tym co sie dzieje - nie ma tam nikogo kto sprawowalby jakakolwiek kontrole...

NA POLUDNIE

Staramy sie unikac duzych miast w Indiach - nie bylismy i nie zamierzamy jechac do Delhi, postanowilismy ominac Bombaj. Oszczedzamy nerwy i...pieniadze - nasi znajomi Francuzi przed wylotem na Sri Lanke musieli spedzic noc w Bombaju - zaliczyli bojke z mlodzikami i zaplacili ponad 2000 rupii za hotel - najtanszy jaki udalo im sie znalezc...o tym ile kasowali riksiarze nie bede pisal....
Naszym celem bylo Hampi - ale trasa tam wymagala kilku przesiadek. Na poczatku wzielismy nocny autobus do Solaphur. 300km mial pokonac w ponad 8 godzin...Odjazd wg rozkladu o 23.30, zbiorka 23.15. Stawilismy sie o czasie, autobus nie. Spoznil sie pol godziny, choc nie jechal z innego miejsca - jego trasa zaczynala sie wlasnie w Aurangabadzie. To co sie wtoczylo na miejsce zbiorki bylo najgorszym pojazdem z jakiego dotychczas korzystalismy w Indiach - stara TATA, gdzie zardzewiale bylo wszystko oprocz kierownicy ( bo ta nie byla ze stali ), zadne okno sie nie domykalo, siedzenia rozkladaly sie automatycznie ( jak sie na nich usiadlo ). Posrodku znajdowal sie stary telewizor ( cos ala dawny radziecki RUBIN ) ktory podlaczony do glosnikow wyl w nieboglosy...nie sposob bylo zignorowac milosnej historii jak to on kocha ja, ona go nie chce, potem wszystko sie komplikuje, a potem cos sie dzieje z magnetowidem i nie da sie dalej ogladac... ( na szczescie ! )
Autobus stal kolejne pol godziny przed biurem podrozy bedacym miejscem zbiorki. Gdy w koncu ruszyl podjechal do innego oddzialu tegoz biura w innej czesci miasta. Po kolejnych 15 minutach powrocil ponownie do miejsca zbiorki...tam nie wytrzymalem. Wyszedlem z autobusu do biura zapytac sie co jest przyczyna tego ze nie mozemy wyruszyc.
- Dlaczego nie jedziemy, w czym tkwi problem ? - zapytalem.
- Brakuje 2 pasazerow.
- Ale to ich problem - sa spoznienie ponad godzine, dlaczego wciaz czekamy ?
- bo brakuje 2 pasazerow - kierownik biura chyba nie zrozumial do konca co powiedzialem. Wyjalem bilet i pokazalem widniejaca na nim godzine odjazdu - 23.30 ( bylo ok. 1 w nocy ) - kupilem bilet na ta godzine i to jest godzina odjazdu !
- Tak, ALE TYLKO DLA CIEBIE...... - brzmiala odpowiedz...
Zapadlo dlugie milczenie, musialem oswoic sie z otrzymana odpowiedzia, po czym zrezygnowany wrocilem na swoje miejsce....na szczescie kilkanascie minut pozniej ruszylismy....

Zamykaja mi internet cafe wiec dalsza trase do Hampi opisze nastepnym razem....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Biegunka forever

poniedziałek, 19 lutego 2007 16:04

Troche sie ostatnio dzialo - postaram sie to opisac jak tylko bede w stanie usiedziec przed komputerem dluzej niz 5 minut....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

CHICKEN PLAY

czwartek, 15 lutego 2007 18:02

Magda odkryla, ze ma fobie - malpia... Oczekujac na powrotny autobus zauwazylem ruch w galeziach drzew znajdujacych sie obok nas. Z poczatku myslalem, ze to malolaty, ktore wlasnie skonczyly wycieczke dla zabawy wdrapuja sie do gory. Tymczasem skakaly tam dziesiatki malp ! Podejrzewam, ze przyzwyczajone do turystow pojawialy sie tam codziennie o podobnej porze liczac na darmowe ciasteczka...zaczelismy robic zdjecia - udawalo nam sie podejsc bardzo blisko - w przypadku Magdy chyba nawet za blisko, bo kilka sie zdenerwowalo i tylko widzialem jak Magda ucieka....Chcialem znow zwabic je blizej - do zdjec wiec wyciagnalem ciasteczka. Nie spodziewalem sie, ze zamiast jednej, dwoch, podleci do mnie malp kilkanascie ! Prawie skakaly na mnie, a ciastek nie musialem im rzucac - wyrywaly mi je z rak ! Stojace wokol nas przedszkolaki smialy sie do rozpuku z moich dzialan...

Rzadowy autokar wysadzil nas przy glownej ulicy i po odpedzeniu nachalnych kierowcow rozpoczelo sie oczekiwanie na autobus powrotny do Aurangabadu. Zanim sie pojawil zatrzymal sie jeep, prowadzony przez dlugobrodego muzulmanina. Zgodzil sie nas zabrac ( oraz 2 Koreanki ) do miasta za cene biletu autobusowego.
Jadac po pierwsza gorke zauwazylismy, ze kierowca ma problem z samochodem - spadaly mu obroty, nie mogl przyspieszac, na dodatek co jakis czas samochod gasl i musial go na nowo uruchamiac. Nie przeszkadzalo mu to jednak wyprzedzac, na trzeciego, na zakretach, rozmawiajac w tym czasie przez komorke. Na zboczu jednego ze wzgorz na ktore sie wspinalismy zauwazylismy wywrocona do gory nogami ciezarowke. Kilka km dalej droge blokowala inna ciezarowka i autobus, ktore sie czolowo zderzyly. Chwile pozniej, jadac przez most, w ostatniej chwili uniknelismy my zderzenia z tirem, ktory wyprzedzal idace srodkiem drogi kobiety ( te sie niczym nie przejely, nawet im wiadra ktore niosly na glowach nie pospadaly ! ) Jazde w Indiach mozna okreslic krotko - jest to ciagla tzw. gra w kurczaka - dwa rozpedzone samochody jada naprzeciw siebie a wygrywa ten, ktory pozniej skreci. Na drodze do Aurangabadu wygralismy takich pojedynkow kilkanascie....Koreanki byly tak przejete, ze w ogole sie nie odzywaly podczas jazdy, kurczowo trzymajac sie oparc foteli. Dopiero jak dojechalismy okazalo sie, ze mieszkaja w tym samym co i my hotelu...

By ochlonac poszlismy na dobry obiad - po moim ostatnim zatruciu ( ktore jeszcze mi nie przeszlo - dzis rano znow zaczelo mi sie dziwnie odbijac - "stechlymi jajami" ) i wazeniu ( od poczatku podrozy strcilem 7kg, Magda 5,5kg ) stwierdzilismy, ze nawet jesli ma to nas wiecej kosztowac bedziemy starali sie dobrze jesc w czysto wygladajacych miejscach ( co na ogol oznacza drogie hotele... ). Znalezlismy ladnie wgladajaca hotelowa restauracje, zlozylismy zamowienie. Kelner splunal w krzaki za soba i oddalil sie. Na szczesie pozniej bylo juz tylko lepiej...

Aha - info dla Darka z Florydy - dostalem wiadomosc od rodzicow, dzieki za zaproszenie, ale na razie nie wpadniemy....troche za daleko i te krokodyle....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

AJANTA

czwartek, 15 lutego 2007 18:01

Jaskinie w AJANTA sa ciekawe, ale pozbawione tzw. WOW! - factor ( czynnik zachwycenia - takie luzne tlumaczenie dla nie znajacych angielskiego... )
Najciekawsza byla 26 jaskinia - z wykutym w scianie lezacym wielkim ( ok, duzym ) budda i wieloma innymi rzezbami. Udalo mi sie ja sfilmowac pomimo zakazu ( ok, nie wykupilem pozwolenia na filmowanie, ale zaloze sie ze nie wykupili go takze posiadacze telefonow komorkowych ktorzy wszystko nagrywali, poza tym za cene jaka turysci tu placa - o tym za chwile, zakazu w ogole byc nie powinno )
Jeszcze ciekawszy niz jaskinie okazal sie spacer nad dolina w ktorej sie znajduja. Kilkaset metrow dalej rzeka, spadajac kaskadami ( co podczas monsunu musi byc wspanialym wodospadem - teraz wody tam niewiele ) splywa w dol i zakreca. Wlasnie na tym zakrecie, kilkanascie metrow nad jej poziomem sa wykute w skale budyjskie swiatynie.
Spacerujac po grani i podziwiajac krajobraz moglismy oddac sie blogiemu - NO, I AM NOT BYUING ANY POSTCARDS oraz - NO, I AM NOT GOING TO BUY ANY STONES OR ANYTHING ELSE!!!!!. Prywatnosc w Indiach jest towarem zdecydowanie deficytowym.
Towarem deficytowym nie jest natomiast chciwosc miejscowych. Wstep do jaskin dla obcokrajowcow kosztuje 250 rupii ( mieiscowi 5 rupii ). Wydawac by sie moglo, ze ta oplata zawiera juz wszystko - nic bardziej mylnego. Do jaskin, ostatnie 4 km mozna dostac sie tylko rzadowym transportem. Klimatyzowany - dla turystow - kosztuje "zaledwie" 20 rupii od osoby w jedna strone ( dla porownania - za 100km z Aurangabadu zaplacilem 74 rupie za osobe ). Nieklimatyzowany - do ktorego pomimo pomrukow niezadowolenia obslugi udalo nam sie dostac kosztuje 10 rupii. Zanim wsiadzie sie do autokaru trzeba zaplacic tzw. amenities fee - kolejne 7 rupii. Oplata za filmowanie - 25 rupii... Od momentu wejscia na  parking turysta otoczony jest przez chmare miejscowych - jedni albo zaciagaja ( doslownie - szarpia za rekaw czasami ! ) do swych sklepow, inni narzucaja swa watpliwej jakosci uslugi jako przewodnicy, zadajac astronomicznych kwot za powtorzenie lamana angielszczyzna tego co mozna wyczytac w przewodniku... Owszem, sa tu i uczciwi i dobrzy przewodnicy, ale jak ich rozpoznac ?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

AURANGABAD

czwartek, 15 lutego 2007 18:00

O tym miescie moge jedynie napisac ze jest paskudne, wybor hoteli wbrew ich ilosci kiepski. Jedyna ciekawa rzecz to "miniaturki" - male jaskinie pod miastem ( przedsmak Ellory i Ajanty ) oraz mini Taj Mahal - naprawde, wyglada jak pomniejszony oryginal ! ...i cena za wstep mniejsza...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

DROGA NA POLUDNIE

czwartek, 15 lutego 2007 17:59

Kupilismy bilet do Ahmedabadu - tam mielismy zlapac dalsze polaczenie. Jeden z uczciwych Hindusow w jednym z biur podrozy odradzil nam kupowanie biletow na dalsze polaczenia. Prywatne autobus odjezdzaja z roznych miejsc, w zaleznosci od firmy. Czesto zdarzalo sie, ze turysci, spoznieni czy nie po prostu nie mogli tych miejsc odnalezc i tracili bilety. O zwrocie kosztow biletu nie ma co marzyc - w Indiach,jak juz wspominalem, pieniadz raz wreczony jest pieniadzem na zawsze wydanym...
Z autobusem do Aurangabadu byly male problemy - wszystkie prywatne kompanie twierdzily ze jest tylko jeden, klimatyzowany i drogi. Byla to wierutna bzdura, bo autobusow odjezdzalo kilka duzo tanszych i taki w koncu, po stracie kolejnych nerwow i pieniedzy na riksze udalo nam sie znalezc.
Bilet mial kosztowac 430 rupii za osobe. Wypisujac agent - mlody chlopaczek, stwierdzil, ze firma zapewnia transport do miejsca odjazdu autokaru - jest to wliczone w cene biletu. Wyjalem odliczona kwote ze zdumieniem stwierdzajac, ze musze zaplacic 450.
- Dlaczego place wiecej ? - zapytalem.
- Bo wliczony jest transport do miejsca odjazdu - uslyszalem.
- Tak, ale transport mial byc wliczony w cene pierwotna - 430 rupii !!!
- Tak, ale teraz nie placisz za dojazd na miejsce zbiorki.
- jak to nie place ? Doliczyles mi 20 rupii wiecej !
- Tak, ale nie placisz za dojazd....jest wliczony w cene biletu...
i tak bez konca...
Transport wygladal tak, ze do rikszy ktora bym sobie sam za 20 rupii wynajal wsadzono oprocz nas jeszcze 3 inne osoby...India.....

W Indiach wlasnie wpadlem jaka jest geneza slowa zlupic ( ograbic, okrasc ). Pochodzi ono od indyjskiego slowa ZRUPIC ( pozbawic wszystkich rupii )

Zanim w ogole zdecydowalismy sie na autobus sprawdzilismy czy dostepne sa miejsca w pociagu. Po kilku minutach zorientowalem sie, ze mam podejsc do okienka nr 20. Tam przekierowano mnie do sasiedniego budynku - reservation office, gdzie mialem postac w kolejce do okienka nr 6 - nad ktorym widnialo : FOREIGN TOURITS, FREEDOM FIGHTERS and DISABLED PEOPLE...do niezlej kategorii sie zaliczamy...
Tam dowiedzialem sie ze jesli chce nabyc bilet na ten sam dzien musze udac sie na stacje - do okienka nr 20. W okienku nr 20 tymczasem zmienila sie obsluga i skierowala mnie z powrotem do sasiedniego budynku, do okienka nr 6. Biletow zreszta i tak nie bylo, zarezerwowane od tygodnia...

Inna ciekawostka - w Indiach na produktach pojawia sie nie minimalna ale maksymalna cena produktu jaka sprzedawca moze zazadac - to w sumie dobre, przynajmniej tutaj turystow sie nie ograbia...z drugiej strony nie podaje sie daty waznosci ale date produkcji - tu juz trzeba troche poglowkowac, obliczajac ilosc miesiecy jaka pozostala by produkt byl zjadliwy...wielu tego nie robi, wiec bez problemu sprzedaja sie produkty przeterminowane...
Perfekcyjne sa tez indyjskie podrobki - praktycznie wszystkiego. To czym obecnie myje zeby to na pewno nie jest pasta Colgate, szampon to nie Head and Sholuders a jeszcze nie otworzylem zelu do golenia....ciekawe kiedy mi wypadna wlosy, na jak dlugo jeszcze starcza plomby...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

UDAIPUR

czwartek, 15 lutego 2007 17:58

Udaipur okazal sie nie-indyjskim miastem - przynajmniej enklawa w ktorej sie zatrzymalismy. Wokol jeziora na ktorym znajduje sie slynny palac maharadzy LAKE PALACE znajduja sie same hotele, sklepy z pamiatkami, agencje turystyczne, kafejki internetowe, restauracje i...nic poza tym. Po interwencjach rzadowych brak jest agresywnych naganiaczy - nawet riksiarze sa lagodni, brak zebrakow na ulicach a ludzie sa nawet uprzejmi. Zwlaszcza jak sie u nich rezerwuje bilet lub wynajmuje pokoj...
Po indyjsku jest za to w palacu na wzgorzu nad jeziorem - cena dla turystow 50, za aparat...200 ( przemycilem kamere ale i tak nic nie sfilmowalem - palac byl wielkim rozczarowaniem ), a jak chce sie zobaczyc najwieksza atrakcje - krysztalowe meble trzeba wylozyc dodatkowe 350. Nie wylozylismy, poszlismy na obiad.
Z dachu hotelu, gdzie znajdowala sie restauracja moglismy obserwowac jak kilkanascie kobiet mozolnie pierze rzeczy w brudnych wodach jeziora. W hotelach przepierka swych rzeczy jest scisle zakazana...


Mala rada - wybierasz sie do Indii - wez mala cyfrowke albo komorke - nie beda cie obszukiwac a aoszczedzisz majatek na oplatach za aparat itp.
Tanie pokoje w Udaipur sa, ale...sa zajete. Nie wiadomo natomiast, czy ktos w nich mieszka. Obsluga kilkunastu hoteli poinformowala nas, ze te najtansze, reklamowane w przewodnikach sa albo zajete, albo zarezerwowane, chcac nie chca musisz spac w drozszych.
Troche w Udaipur odpoczelismy, choc wszystkie romantyczne wyobrazenie o tym miescie legly w gruzach - teraz jest to zwykle, komercyjne, nastawione na turystow miasto.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  92 859  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 92859

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Sport

Pytamy.pl